“Ciekawe, czy to rzeczywiście jest koniec. Jeśli tak, to jest całkiem sympatycznie. Wykąpmy się jeszcze raz w tych spranych gestach, kawałach i docinkach, wypijmy jeszcze kilkadziesiąt ślepych bruderszatfów, by następnego dnia popołudniu umyci i ogoleni, ze zmiażdżoną głową, po czterech kawach stawić czoło dojrzałości.”
“Chciałem być fotografem. Jeszcze w liceum byłem tego pewny. Przyjechałem
na weekend do Paryża do narzeczonej. Poszliśmy razem na wielką wystawę
fotografii. Przed wejściem, przy stoisku z albumami, zobaczyłem
Henri-Cartier Bressona. Mojego ukochanego fotografa. Miał wtedy 90 lat.
Wyglądał stylowo: elegancka niebieska marynarka, apaszka, mosiężna laska
i kolorowe buty – najnowszy model Nike Air. Zaczął odchodzić do
wyjścia. Wstydziłem się podejść, wiedziałem, że Bresson bywa arogancki.
I że nie pozwala się fotografować nikomu prócz żony. W końcu się
odważyłem. Łamanym francuskim mówię: „Przyjechałem z Polski. Jest pan
moim ulubionym fotografem”. On tylko machnął ręką i zapytał: „A wiesz,
że mówię trochę po polsku? Ch..., pier..., kur... mać” – powiedział
i walnął laską w podłogę. „Skąd pan tak świetnie zna polski?” –
zapytałem. Okazało się, że w czasie wojny siedział w obozie z Polakiem.
Poprosiłem go o autograf, ale znalazłem tylko zmiętą kartkę. Zobaczył,
że mam na szyi aparat. I zapytał, czy nie wolałbym zrobić mu zdjęcia.
Tym bardziej że jest dobre tło z czerwonych cegieł. Ustawił się pod nim,
a ja zrobiłem dwa portrety. Potem uścisnął mi rękę. Nie mogłem uwierzyć
w to, co się stało. Podbiegł do mnie szef stoiska z albumami
i powiedział: „Zapamiętaj sobie ten dzień do końca życia, bo kiedy ktoś
wyjmuje aparat, to Bresson zwykle wyjmuje nóż”.